201. Papierowe miasta - J. Green

15:00 0 Comments A+ a-


Niektóre powieści są po to, by chwytać ze serca. Inne, to tylko dodatek do twórczości autora. O Panu Zielonym słyszał już chyba każdy mól książkowy, a jego Gwiazd naszych wina zna jeszcze większa ilość osób. Jednak czy Papierowe miasta, które za kilka miesięcy staną się kolejnym hitem (ze względu na ekranizację) są równie dobre? 

Q. jest zwykłym nastolatkiem, który za kilka tygodni ma skończyć szkołę. Od lat podkochuje się w swojej zbuntowanej sąsiadce, Margo Roth Spielgelman, chociaż wie, że o bliższych kontaktach może tylko pomarzyć. Jednak wszystko zmienia się pewnej nocy, kiedy Margo zjawia się w jego sypialni i namawia do tego, aby towarzyszył jej w prywatnej wendecie. Następnego dnia dziewczyna znika bez słowa, zostawiając za sobą tylko szereg wskazówek, które niemal natychmiast przechwytuje Quentin. Podczas poszukiwań Q. odkrywa nie tylko inne oblicze Margo, ale również poznaje samego siebie. 

Papierowe miasta miały być książką wyjątkową, a do której zabrałam się głównie dlatego, że za niecałe dwa miesiące pojawi się jej ekranizacja. Zresztą, sama książka prawie rok stała na półce, upominając się o odrobinę uwagi. I przyznam wam szczerze, że chyba wyrosłam już z Greena. 

Historia Quentina i Margo jest naprawdę interesująca, chociaż w pewnym stopniu bardzo schematyczna. Jeżeli Papierowe miasta są pierwszym spotkaniem z twórczością Johna Greena, to myślę, że nikt nie zwróci na to szczególnej uwagi. Jednak jeśli ma się za sobą ich już zdecydowanie więcej, to takie postaci jak wyjątkowi bohaterowie, którzy odmieniają życie innych, są na porządku dziennym. Gdyby nie fakt, że Autor wplata do fabuły mnóstwo egzystencjalnych sformułowań i trafnych spostrzeżeń odnoszących się nie tylko do codziennego życia, to każda kolejna historia byłaby skazana na porażkę. 
I właśnie trochę tej filozofii uratowało Papierowe miasta. I Quentin. 

Mimo że tytuł książki brzmi Papierowe miasta to bohaterowie wydają się być żywi, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Niekiedy Green przesadza z ich charakteryzacją (szczególnie przypadek Bena). Osobiście przypadła mi do gustu scena rozgrywająca się w samochodzie. Nie dość, że Quentin nareszcie pokazuje swoje prawdziwe oblicze, to jeszcze zmienia się trochę konstrukcja całej historii i oczywiście dialogów. Spostrzeżenia bohaterów są urozmaicone. 

Do tego na duży plus zasługuje poczucie humoru Autora - momentami nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. I choć Papierowe miasta to powieść skierowana głownie do dorastających nastolatków, całkiem schematyczna i oklepana, to świetnie się przy niej bawiłam. Z drugiej strony, ta książka zupełnie nic nie wniosła do mojego życia, a tego oczekiwałam. 
Czy polecam? Zależy komu: Papierowe miasta przypadną do gustu osobie, która nie czytała jeszcze żadnej książki tego autora, bądź uważa, że jeszcze jest nastolatkiem.