Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014)

18:44 0 Comments A+ a-


Hobbit: Bitwa Pięciu Armii wchodzi do polskich kin 26 grudnia. Jako że 19 w większości polskich kin można było obejrzeć maraton całej filmowej trylogii, zdecydowałam się pójść i wreszcie zobaczyć, o co tyle krzyku. Wcześniej miałam wiele podejść do drugiej czy pierwszej części, ale niekonieczni trwały one do samego końca. Tym razem wiedziałam, że będę musiała wytrzymać całą noc w kinie, oglądając komputerową wersję Hobbita. Pisząc komputerowa mam na myśli to, że praktycznie nic oprócz aktorów nie jest prawdziwe. Niestety. 

Mając porównanie z Hobbit: Niezwykła podróż oraz Hobbit: Pustkowie Smauga mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Bitwa Pięciu Armii wypadła przy nich znacznie lepiej. Nie nazwę tej produkcji dziełem filmowym, ponieważ uważam, że nim nie jest. Wielokrotnie czułam się zawiedziona podczas oglądania, ale jeszcze częściej znudzona. Chyba nikt nie potrafi zrozumieć, jak z tak cienkiej książki można zrobić trzy filmy, a każdy długości ponad dwóch godzin. Na całe szczęście nie miałam jeszcze okazji przeczytać książki, więc tak naprawdę nie wiem, które sceny mogę nazwać ekranizacją, a które adaptacją. 


Z drugiej strony, staram się spojrzeć na produkcję od strony wielbiciela Petera Jacksona i wtedy wcale się nie dziwię, że powstał tak długi kawałek filmu. Mam wrażenie, że reżyser chciał powtórzyć swój wcześniejszy sukces, który odniósł przy ekranizacji Władcy Pierścieni. Nie wolno zapomnieć, że wiele osób uważa Hobbita dzieło, trochę komputerowo ulepszone (no ale przecież minęło dziesięć lat, komputeryzacja itd...). 

Jeśli zaś chodzi o kwestię fabuły w Bitwie Pięciu Armii to jak już wspomniałam, jest zdecydowanie bardziej interesująca od tej z poprzednich części. Więcej bitew, dobrych zwrotów akcji, które potrafią wciągnąć widza. Trudno jest zarzucić niespójność logiczną z pozostałymi adaptacjami. Natomiast są i wątki absurdalne, często z taką grafią, że przypomina ona grę komputerową. Już nie wspomnę o ostatnich fragmentach, które wołały o pomstę do nieba, a cała sala kinowa (!) łapała się za głowę i śmiała. Podobnie było z wątkami miłosnymi. 
Z drugiej strony łatwo można było się wzruszyć. Nie zdradzając nic, powiem tylko, że Peter Jackson na pewno nie zastanawiał się nad emocjonalnym podejściem widza. 


Obsada - świetna. Nic dodać, nic ująć. Martin Freeman w roli Bilbo po raz kolejny pokazał, że jest genialnym aktorem, który pracuje nie tylko słowem, ale całym sobą. Chociaż przyznam, że na początku widziałam w nim doktora Watsona. Ian McKellen już chyba zawsze będzie dla mnie Gandalfem, tak samo jak Viggo Mortensten - Aragornem. Richard Armitage świetnie wpasował się w całą sytuację. Thorin w jego wykonaniu intrygował, a już z pewnością aktor nie pozwoli, aby ktokolwiek znudził się jego postacią.  Tak samo jak wielu, wielu innych aktorów. Na sali usłyszałam kilka westchnień, kiedy pojawiał się Orlando Bloom. 


Podsumowując, Bitwa Pięciu Armii mimo nagrywania na green screenie, nie wypadła tak kiepsko jak poprzednie części. Głównie ze względu na nieustannie posuwającą się do przodu akcją. Tutaj nie dostajemy pięknych widoków, jak w Niezwykłej Podróży, ani też nowych postaci, jak w Pustkowiu Smauga. Wszystko, co się pojawia, nie jest niczym nowym dla osób, które już wcześniej miały okazję poznać Hobbita.