168. Bramy raju - Mellisa de la Cruz

08:00 3 Comments A+ a-


Kiedyś fascynacja wampirami i ich światem była tak wielka, że na rynku wydawniczym pojawiły się góry książek o tej tematyce. Niektóre były konkretne i miały w sobie to coś, ale większość składała się tylko i wyłącznie z absurdu. Będąc młodsza, czytałam wszystko, co z tymi fikcyjnymi stworzeniami było dostępne i traf chciał, że złapałam w ręce Błękitnokrwistych Mellisy de la Cruz. Dzisiaj natomiast, po trzech latach, udało mi się zakończyć serię, wyciągając wiele wniosków dotyczących mojej wcześniejszej dojrzałości. Dawniej seria mnie zachwycała, teraz już niekoniecznie. 

Schuyler Van Allen nie może cieszyć się szczęściem z Jackiem, ponieważ aby mogli być razem, on musi zerwać swoją więź z siostrą bliźniaczką, Mimi. W tym celu rodzeństwo udaje się do pana ciemności, Szatana, ponieważ tylko on może to zrobić. Jednak życie nie toczy się tylko w świecie Podziemnym. Lucyfer stara się zniszczyć Bramy udzielające te dwa światy i ponownie powrócić do Nieba, gdzie będzie mógł władać. Schuyler wraz ze swoim zausznikiem i Kingsleyem, starają się odnaleźć najważniejszą Bramę w Londynie. Bramę, do której Lucyfer jeszcze nie zdążył dotrzeć. Czy to będzie koniec świata? 

Wystarczy spojrzeć na opis, aby zobaczyć, iż książka zalicza się do kategorii absurd. Nie dość, że pierwotne demony działają pod przykrywką, to jeszcze po raz kolejny główna bohaterka musi uratować świat. 
Kiedy zaczęłam czytać, kompletnie nie pamiętałam, co wydarzyło się w poprzednim tomie. Nie zastanawiałam się nad tym, że miałam go w ręku jakieś dwa lata temu, po prostu chciałam skończyć serię i nie mieć poczucia winy, iż coś porzuciłam. Okazuje się, że Bramy raju są książką banalną, przewidywalną i niezaprzeczalnie głupią. 

Sam fakt, że nadchodzi koniec świata, a autorka skupia się nie na tym, aby go uratować, powoduje, że czytelnik zastanawia się, jak to będzie. Schuyler zamiast szukać Bramy w Londynie, nagle jedzie poszukać swojego ojca. Podobnie sprawa miała się z punktem kulminacyjnym, który potrwał zaledwie jeden rozdział i zakończył się równie szybko, jak zaczął. 

Już nawet nie myśląc po fabule, warto chociażby skupić się na chwilę na języku, którym posługuje się autorka. Przez te wszystkie strony czytelnik ma wrażenie, że cofa się parę lat wstecz. Mellisa de la Cruz napisała powieść, która skierowana jest do małego grona młodzieży, dopiero wkraczającego na ścieżkę dorastania. Wątpię, aby osoba czytająca również literaturę poważną, była zachwycona treścią, fabułą, bohaterami. 

Co się stało z fenomenem Błękitnokrwistych? Czyżbyśmy dorośli?