167. Mumia - T. Gerritsen

19:00 6 Comments A+ a-


W magazynie muzeum w Bostonie, została odnaleziona świetnie zakonserwowana mumia. Na sarkofagu widnieje twarz kobiety, więc archeolodzy są przekonani, że to właśnie ona znajduje się w środku. Biorąc pod uwagę to, że nie mogą odwinąć bandaży, korzystają z prześwietlenia rentgenowskiego. Kiedy okazuje się, że mumia wcale nie ma dwóch tysięcy lat, sprawą zajmuje się bostońska policja i nieodłączna Maura Isles.

O serii kryminalnej z Jane Rizzoli i Maurą Isles, pisałam na blogu nie raz. Wspominałam również o tym, że Tess Gerritsen to jedna z lepszych pisarek zajmujących się thrillerami medycznymi. Konsekwentnie, w odpowiedniej kolejności, poznaję wszystkie tomy i za każdym razem jestem bardziej zauroczona. Z reguły następne części jakiejkolwiek serii, są uznawane za gorsze, niedopisane i nieprzemyślane. W Mumii, jako siódmej części, nic takiego nie znajdziemy. Jak pisałam w Klubie Mefista, Gerritsen rozwija się z każdym kolejnym tomem i każdy kolejny staje się moim ulubionym. Mimo tego że Mumia została napisana naprawdę świetnie, nie jestem do końca pewna, czy to jest to. 

Śledztwo jak zwykle zawiłe i trudne do rozwiązania. Autorka naprowadza czytelnika bardzo rzadko, pozwalając mu tylko i wyłącznie na domysły. Czasami podaje nazwisko, ale tylko po to, aby okazało się, iż każdy detektyw biorący udział w śledztwie stoi w miejscu, ponieważ nie wie, czemu ma wierzyć. Do tego podejrzani skrywają swoje własne tajemnice, których nie mogą nikomu wyjawić, nie narażając innych na niebezpieczeństwo.

Może się wydawać, że Mumia będzie tylko i wyłącznie o ciele zawiniętym w płótno, zakonserwowanym i złożonym do grobowca. Rzecz w tym, że tak nie jest. W thrillerze pojawia się wiele nawiązań do archeologii, ale tak naprawdę Gerritsen skupia się głównie na obsesji mordercy względem kobiet, sposobie, w jakim je zabije, torturuje psychicznie, a następnie na różne sposoby konserwuje. 

Jeżeli chodzi o głównych bohaterów, czyli Jane i Maure, to nie mam nic do zarzucenia. Są one takie same jak zwykle, czyli poświęcone swojej pracy, niekoniecznie oddane życiu prywatnym. Jane ma teraz męża i małą córeczkę, zrozumiała czym jest instynkt macierzyński, ale jednocześnie nie ma zamiaru rezygnować z pracy w bostońskim wydziale zabójstw. Maura natomiast po tym, jak związała się z księdzem, przechodzi przez ciężką drogę zrozumienia, czy to ma sens. Z drugiej strony jest poważną kobietą, która nie szuka w życiu szczęśliwego zakończenia, nie planuje przyszłości, a skupia się na tym, co jest teraz, co znajdzie w swojej kostnicy. 

Na początku wspomniałam, że coś w tej książce nie do końca mi pasuje. Trudno mi określić, co to dokładnie, ponieważ z pozoru fabuła nie wyróżnia się niczym specjalnym. Mamy ciało, podejrzenia co do mordercy, trudne śledztwo i kogoś, kto wcale nie chce pomóc w odkryciu prawdy. Ale jednocześnie mamy również nazwisko mordercy oraz jego wspólnika, mamy trop, tylko wszystko nadal stoi w miejscu. Brakuje większych emocji. Czytanie było przyjemne, ale ta część nie była jedną z tych, przy których rzuca się wszystko i biegnie czytać. od książki można oderwać się równie łatwo, co od przeglądania zdjęć. 

Na pewno sięgnę po kolejny tom, Dolinę umarłych. Muszę wiedzieć, co się stanie dalej. Z tego co wiem, na polskim rynku pojawiła się ostatnia część serii i bardzo się cieszę, że jeszcze cztery tomy przede mną, aby do niej dotrzeć. To zdecydowanie cykl, którego nie określam mianem tasiemiec.