Witaj w klubie (2013)

20:33 5 Comments A+ a-


Ron Woodroof (Matthew McConaughey) to człowiek korzystający ze swojego życia. Jego największą pasją są zawody rodeo, sypianie z przypadkowymi kobietami oraz wstrzykiwanie sobie do organizmu substancji nieznanego pochodzenia. Pewnego dnia, ta autodestrukcja spowodowała, że znalazł się w szpitalu, gdzie lekarze na podstawie badań, zdiagnozowali u niego obecność wirusa HIV. Ron nie uwierzył i ponownie wrócił do korzystania z życia. Kiedy zaczął zauważać u siebie objawy, podjął leczenie na własną rękę. Kiedy nie skutkowało, wyjechał do Meksyku w nadziei, że tam uzyska pomoc. Po tym, zaczął walczyć o życie na własną rękę, stając się przemytnikiem i założycielem klubu pomocy.


Kiedy jechałam na Noc Kina, to już wtedy wiedziałam, że ten film muszę zobaczyć. Sądziłam, że będzie o czymś innym, nie poruszy ważnych tematów, które do tej pory często określane są mianem tabu. Nie czytałam żadnego opisu czy recenzji, nie obejrzałam zapowiedzi, więc sądziłam, że trafię na kolejną dobrą komedię. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy pierwsze minuty filmu powiedziały mi, iż trafiłam pod zły adres. Jednak nigdy tak bardzo nie ucieszyłam się z własnej pomyłki. 

Witaj w klubie to produkcja, którą należy obejrzeć. Nie po to, aby się podobała czy zachwycała. Film wyjaśnia wiele kwestii, pokazuje życie ludzi chorych, cierpiących, a ostatecznie umierających. I choć mijają lata, liczba osób zarażonych spada, to niestety śmiertelność już nie. Jednak produkcja traktuje również o czymś innym. Ron nie walczy tylko i wyłącznie o swoje życie. Toczy niesprawiedliwą bitwę z korporacją, która wynalazła cudowny lek. Walczy, ponieważ wie, jakie skutki niesie jego zażywanie. Walczy, ponieważ przeżył więcej niż lekarze stwierdzili. Czy walka z rządem jest równa i sprawiedliwa? Czy można tutaj mówić o wygranej? 


Ron to postać wyróżniająca się z tłumu, nie tylko dlatego, że potrafi zmierzyć się z przeznaczeniem, ale dlatego, że w krótkim czasie dojrzewa i rozumie, iż nie ma czegoś takiego jak podział na ludzi. Kiedy dowiaduje się, że jego życie skończy się pewnego dnia, pokazuje, że można je przeżyć w całkiem innym sposób, tym samym nie marnując go. Muszę przyznać, że Matthew C. w tej roli kompletnie mnie zaskoczył. Widziałam go ostatnio w produkcji Magic Mike, filmie, który jest kontrowersyjny, ale jednocześnie niesmaczny. Zestawienie tych dwóch obrazów jest szokujące. Mogę z ręką na sercu uznać, że to jedna z najlepszych roli, którą dostał i czasami żałuję, że taki potencjał marnuje się w podrzędnych komediach romantycznych. 

Kolejnym zaskoczeniem był muzyk Jared Leto, wcielający się w rolę transwestyty Rayon, również chorego na AIDS. Jak do tej pory nie spodziewałam się po liderze 30 Second To Mars takich zapędów aktorskich. Tym bardziej, że poprzednie produkcje z nim, jako aktorem nie były udane. Zaskoczeniem jest to, że człowiek tak bardzo potrafi się zmienić. Leto jako kobieta nie poddaje się, ale z drugiej strony potrafi pokazać nie tylko zalety, ale również wady osoby uzależnionej od heroiny, współżycia z mężczyznami i oczywiście leków. Nie wiem, czy byłabym zdolna do zobaczenia kogoś innego w tej roli. 


Jean-Marc Vallee stworzył obraz obcego mi świata. Ten obraz jest do bólu poruszający, powodujący skrajne zachowanie i uczucia, ale jednocześnie wykazujący się ogromną szczerością. Jeżeli mogłabym coś polecić, to zdecydowanie byłoby to Witaj w klubie.