Gwiazd naszych wina (2014)

19:15 14 Comments A+ a-


Ile jest osób, które jeszcze nie słyszały o kultowej książce Johna Greena Gwiazd naszych wina? Na pewno mniej niż tych, co wiedzą o jej istnieniu, a jeszcze mniej od tych, co książkę przeczytali i prawdopodobnie mają ja na swojej półce w domu. A jak nie na półce, to na pewno gdzieś, u kogoś, cokolwiek. Ale mieli ją  w dłoni i kartkowali. Co najmniej. Sama zaliczam się do grupy: przeczytali, posiadają i zawsze się dziwię, kiedy ktoś mnie pyta, czy polecam. Albo dlaczego mam ją na swojej półce. 
Więc kiedy dowiedziałam się, że robią ekranizację, a jeszcze inaczej, kto tę ekranizację kręci (!) nie mogła mnie ona ominąć. Robiłam dosłownie wszystko, aby dostać się do kina. Cóż, byłam gotowa sama wsiąść w pociąg, przejechać te czterdzieści kilometrów i wejść  na salę. Obejrzałam. Wypłakałam wszystkie uczucia i teraz jestem gotowa spojrzeć na film chłodniejszym okiem. Mniejsza o to, że tak się nie da. 

Hazel Grace Lancaster ma raka tarczycy z przerzutami do płuc. Wie, że któregoś dnia umrze, ponieważ nie ma skutecznego leku, który mógłby jej pomóc. Jej życie polega na oglądaniu reality show oraz wizytach w Dosłownym Sercu Jezusa na spotkaniach grupy wsparcia. Na jednym z takich spotkaniach poznaje Augustusa Wattersa i szybko orientuje się, że zaczynają tworzyć całkiem dobry duet. 

Po pierwsze, reżyser. Josh Boone nakręcił już wcześniej film, który przypadkiem jest moją ulubioną produkcją. Mowa tutaj o Stuck in love. Już wtedy wiedziałam, że sprawa nie zostanie na całej linii schrz... zepsuta. I wcale się nie zawiodłam, bo dostałam film, o którym tak wiele się mówiono. 

Po drugie, ścieżka dźwiękowa. Kiedy usłyszałam utwór Birdy Tee Shirt, który podbił moje serce, a na samym końcu ukochanego Ed Sheerana w All of The Stars było po mnie. Muzycznie trafiono w mój gust, więc i tutaj nie mogłam na nic narzekać. A szkoda, bo jakimś porządny minus tej ekranizacji by się przydał. 

Dalej, to oczywiście fabuła. Myślałam, że tak jak w innych ekranizacjach, reżyser pozwoli sobie na upust wyobraźni i zmieni trochę w filmie, namiesza, stworzy coś nowego, a zarazem pewnie  beznadziejnego. Jeżeli doszło do jakiś zmian, to wybaczcie, ale się nie dopatrzyłam. Z drugiej strony słyszałam więcej dialogów niż widziałam obrazu, bo ryczałam mniej więcej od połowy. Zabrakło mi jednej sceny, ale biorąc wszystko pod uwagę, ona wcale nie jest taka istotna. Pojawiło się nawet sławne OKEJ? OKEJ. NO TO OKEJ. Niewiele różnic, trzymanie się kanonu. To chyba wszystko, czego może oczekiwać fan od producenta ekranizacji. Serio. 
Co do wzruszeń, to było ich wiele. Czasami zbyt wiele. Jak wspominałam na twitterze, dziękowałam, że mój angielski nie jest beznadziejny. Jak już zaczęłam płakać, to wszystkie napisy zlewały się w jedno i musiałam zacząć rozumieć, co mówili w obcym dla mnie języku. Nie małe wyzwanie, kiedy ocierasz policzki i ścierasz tusz do rzęs z każdej części twarzy. Moja mama siedząca obok mnie, chyba po raz pierwszy wyła na jakimś filmie. A kiedy obejrzała zwiastun, powiedziała, że nie idziemy na to. Jak widać, wyszło inaczej. Cieszę się, że nie żałowała swojej decyzji. 
Film to niezły wyciskacz łez, który naprawdę jest wart tego, aby wydać pieniądze na bilet do kina. Od razu powiem, że oglądanie produkcji w domowym zaciszu nie będzie już takiego same. Chociaż większość będzie czuła się bardziej komfortowo, kiedy łzy popłyną ze wzruszenia przed telewizorem. 

Gra aktorska to nie mistrzostwo świata, ale patrząc na duet Shailene Woodley i Ansela Elgorta robiło mi się ciepło w serduchu. Tym bardziej, że jeszcze jakiś tydzień temu, oglądając Niezgodną, widziałam tę dwójkę w roli rodzeństwa. I o dziwo, nie czułam wielkiego obrzydzenia! Ich uczucie było słodkie, subtelne i zdecydowanie prawdziwe. Nie mogłam się doczekać niczego sztucznego, czegoś, co zazwyczaj psuje filmy o takiej tematyce. Gwiazd naszych wina na chwilę wzbudziła we mnie wiele skrajnych uczuć. Od szczęścia, wesołości i śmiechu z żartów Agustusa, po żal, rozpacz i smutek ze strony Hazel. 
Shailene Woodley widziałam nie tylko w Niezgodnej, ale również w Spadkobiercach u boku Clooneya. Widziałam więc, że nie zagra źle, a wręcz przeciwnie. Pasuje ona do tej roli jak mało kto. Po wyjściu z kina, nie wyobrażam sobie innej aktorki grającej Hazel. 
Z drugiej strony, Ansel Elgort nie pasował mi w ogóle do roli Augustusa, kiedy widziałam zwiastun. Taki za bardzo lalusiowaty (If you know, what I mean...). Ale po paru minutach, kiedy zobaczyłam pierwszą mimikę twarzy, gest, prawie niezauważalne mrugnięcia okiem i ten głos przy żarcie - przepadłam bez reszty. 
Długo zastanawiałam się, czy ta dwójka dobrze ukazała ból, cierpienie i uczucia osób, które w każdej chwili mogą umrzeć. W zasadzie, nigdy nie czułam czegoś takiego, jak ludzie, których spotyka ten los, więc trudno mi ocenić. Miałam wrażenie, że ich praca to kawał dobrej roboty. Skoro tyle osób płacze ze wzruszenia, to coś w tym musi być. 

Bez wątpienia ekranizacja Gwiazd naszych wina, to smutna opowieść, prowadząca widza z jednej skrajności w drugą. Często owe drogi się krzyżują i smutek łączy się z radością. Cytat, który znalazłam na odwrocie ulotki promującej film, przekonał mnie do tego, aby złapać pociąg jeszcze raz i pojechać do kina.
Mam jedną radę dla tych, co jeszcze nie poszli do kina: nie kupujcie popcornu ani coli, bo nie będziecie mieli czasu na jedzenie - film pochłania uwagę do tego stopnia, że można zapomnieć o całym świecie. Lepiej zaopatrzcie się w paczkę chusteczek. Albo dwie.  

Hazel i Gus to para nastolatków, których połączyła błyskotliwa inteligencja, niechęć do wszystkiego, co przeciętne i wielka miłość.