Akademia wampirów (2014) - ekranizacja

09:57 4 Comments A+ a-



Napisanie tej recenzji zajęło mi wieki, wielokrotnie zirytowało i zdenerwowało, a nawet podsunęło mi pomysł wyrzucenia laptopa przez okno. Naprawdę. Wiecie jak trudno jest pisać o jednym z największych rozczarować ekranizacji ulubionych książek? Cóż, ja już się przekonałam i jestem niemal pewna, że w tej recenzji będę miała dużo "ale". Chciałam zrobić dla was bardzo dokładną analizę w wersji filmowej, ale doszłam do wniosku, że jeżeli ktoś nie oglądał to po prostu zdradzę mu całą fabułę. 

Rose Hathaway wraz z księżniczką Lissą Dragomir przebywały dwa lata poza Akademią Świętego Władimira (w filmie jeden rok...), ukrywając się przed innymi morojami, dampirami czy strzygami. Sielanka skończyła się, kiedy odnalazł je Dymitri Belikov, zabierając je z powrotem do szkoły. Psychopatyczna dyrektorka pokrzyczała, ale ostatecznie pozwoliła im zostać, oczywiście zrzucając całą winę na biedną Rose, bo przecież Lissa to księżniczka. Od tamtej pory bohaterki prowadzą ciężkie życie: Lissa próbuje wkraść się ponownie w łaski arystokracji, wykorzystując przy tym swój dar, i naprawić niektóre błędy, zemścić się na Mii Rinaldi, a Rose ciężko ćwiczy, aby nadrobić zaległości,  a przy okazji próbuje zwrócić uwagę swojego mentora. 
Brzmi znajomo? 

Oglądałam film w wersji anglojęzycznej, ponieważ nie mogłam znaleźć w internecie z polskimi napisami (a do kina się nie wybrałam, bo szkoda mi było pieniędzy) i bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Słownictwo nie było jakoś specjalnie wyszukane, a jak zdążyłam się przekonać po oficjalnym zwiastunie, polskie tłumaczenie nie jest tylko inne, ale kompletnie przekształcone w wielu momentach! Wiele słów, które tłumacząc z angielskiego na polski brzmiało całkiem inaczej niż to, co zrobili tłumacze w zwiastunie, kompletnie zmieniając w ten sposób sens wypowiedzi bohaterów. Nie wiem jak to jest w oryginale, ale wątpię, aby coś się zmieniło. Jeżeli miałabym wam coś polecić w tej recenzji, to jak macie zamiar obejrzeć Akademię wampirów, zróbcie to chociaż z angielskimi napisami!

W ekranizacji irytująca jest sztuczność bohaterów, ich sztampowe zachowanie. Kiedy o tym piszę mam przed oczami scenę, kiedy Rose idzie się spotkać z Jessym. Jednak nie tylko Rose irytuje swoją postawą (chociaż jej temperament jest dokładnie taki sam, jak sobie wyobrażałam), ale również kwestię Christiana Ozery, który ni z tego, ni z owego zaczyna wypytywać Lissę, co robi na poddaszu. Eee?! Dopiero co się z nią przywitał, a zaznaczam, że przecież nie są oni przyjaciółmi. A przynajmniej w tym momencie nie byli. 
Aktor grający Dymitra nie wyglądał tak jak sobie to wyobrażałam, ale tutaj już twórców winić nie mogę. Parę razy przyłapałam się nawet, że patrzę na jego boskie ciało z otwartymi ustami. I ten uśmiech! Jedną scenę potem przewijałam tam i z powrotem (chodzi mi tę, w której wisiał sobie pod sufitem xd), ponieważ nie mogłam się napatrzeć na jego tył. No cóż, każdy ma jakieś słabości, a to jest zdecydowanie moja. Mimo wszystko potrafiłam zwrócić uwagę na to, że raz: nie mówił z rosyjskim akcentem, mimo że jest Rosjaninem, dwa: Danila Kozlovski nie ma zdolności aktorskich, niestety. O samej Zoey Deutch również nie można tego powiedzieć, gdyż jej gra była po prostu w wielu momentach sztuczna.  

Scenarzyści nie popisali się. Dialogi były nudne, bardzo młodzieżowe (aż za bardzo, jak sobie wyobrażę, że tak mówią nastolatki to wymiękam) i, przepraszam za określenie, głupie. Rose często używała słowa folks, czyli ludzie, nawet zwracając się do dyrektorki (o niej za chwilę wspomnę). W scenie miłosnej używa sformułowania sweet sassy molassy. Komentarz... 


Dyrektor Kirova to kobieta bezwzględna i szalona. Nagle krzyczy, potem milknie, potem wstrzykuje sedativ, lek usypiający. Przez cały czas miałam wrażenie, że jest niezrównoważona psychicznie i w pewnych momentach wybuchałam śmiechem, ponieważ scena był atak absurdalna, że w głowie się to nie mieści. Moje wyobrażenie o Kirovej było całkiem inne, niż tutaj dostałam i myślę, że ci, co widzieli ekranizację przyznają mi rację. Gra aktorska była sztywna, mocno przesadzona i niewyobrażalnie śmieszna. Oczywiście nie jestem ekspertem od tego, ale patrząc na film okiem młodzieżowym, to widzę absurd. 

Pewnie każdy z was, miłośników książek, gdzieś się przez przypadek natknął na zwiastun albo sam go poszukał. Cóż, jak obejrzałam go parę miesięcy przed premierą i byłam wściekła, że tyle scen zostało wciśniętych i nie mogłam znaleźć dla nich odpowiedniego odniesienia w książce. Potem obejrzałam go kolejny raz, jak już zobaczyłam film i jakie było moje zdziwienie, kiedy większość scen ze zwiastuna, po prostu w filmie się nie znalazło! Albo zostały w taki sposób zmontowane, że miały całkiem innym wydźwięk. Dlatego nie sugerujcie się tym, co widzieliście w tej krótkiej, aczkolwiek śmiesznej zapowiedzi. Mówię tutaj głównie o scenie, kiedy Rose leży na biurku, a Kirova wisi nad nią. 

Plusem całej produkcji jest świetne dobranie ścieżki dźwiękowej! Udało mi się znaleźć wszystkie piosenki na internecie i był okres, kiedy namiętnie je słuchałam. Utwory świetnie wpasowały się w tło, a także myślę, że zadowolą różne gusta muzyczne.

Czy warto obejrzeć? Cóż, to trudne pytanie, ponieważ sama czekałam kawał czasu na ten film i byłam pewna, że nie zniszczyli wizji do samego końca. Niestety, ekranizacja mnie zawiodła pod wieloma względami i tak naprawdę oprócz boskiego ciała Kozlovkiego i ścieżki dźwiękowej (dobra, jeszcze był kabaret związany z zachowaniem bohaterów) produkcja nie spełniła moich oczekiwań. Jednak myślę, że znajdą się osoby, którym film się spodobał.