Wilk z Wall Street (2013) - czyli o co cały ten szum?

00:49 2 Comments A+ a-


Dzisiaj będzie krótko, w przeciwieństwie do filmu, o którym chciałabym mówić. Ostrzegam na samym początku, że nie będzie to post poświęcony recenzji tej produkcji, a raczej, jak wskazuje sam tytuł notatki, mały monolog, w którym na pewno przedstawię swoją opinię. Jeżeli ktoś nie oglądał, czyta na własną odpowiedzialność, gdyż tekst jest pełen spoilerów, zaprzeczeń i prawdopodobnie nie ma najmniejszego sensu. 

Jordan Belford - makler giełdowy, szybki milioner, człowiek uzależniony jak sam przyznaje od: prochów, dragów, seksu. Persona, dla której nie ma rzeczy niemożliwych i zarabia tyle, ile przeciętnie pięć rodzin rocznie. Jednocześnie dzięki pieniądzom   może sobie pozwolić na wszystko i wcale nie musi przejmować się prawem, bo jak wcześniej wspomniałam - dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Do tej kupki szczęścia materialnego dochodzi również piękna, choć nieco z początku sztuczna żona, dwójka dzieci i FBI na plecach. 

Tak więc zadaje ponownie to samo pytanie: o co cały ten szum? Cóż, kiedy po raz pierwszy raz oglądałam ten film (zajęło mi to wieki!) stwierdziłam, że to produkcja doskonała, a przede wszystkim oryginalna, ponieważ ukazuje coś, czego jeszcze nie było (pff. wiem, banał). Jak wspomniałam, kiedy po raz pierwszy poznawałam akcję, fabułę, to byłam pod wrażeniem, co pewnie wiązało się również z tym, iż film zdobył wiele wspaniałych recenzji, opinii, a jednocześnie dużo zyskał na reklamie. Na pewno swoją rolę odegrała taka persona jak Leo DiCaprio (który mimo mojej niezbyt pochlebnej opinii o produkcji zagrał fenomenalnie - najlepiej przed duże "f"). Ale nie w tym rzecz ludzie! Obejrzałam raz i byłam zachwycona. Dobra, oglądałam w częściach, ponieważ nie potrafiłam na raz wysiedzieć 189 minut produkcji, wczytując się w przekleństwa, "chamskie" odzywki i w ogóle nieartykułowane słowa, ładnie ujmując. Ale obejrzałam drugi raz w dwa dni, właściwie tylko po to, aby odświeżyć sobie pamięć i napisać dla Was recenzje. Cóż, recenzji na pewno nie będzie. 

Moje drugie spotkanie z Wilkiem z Wall Street było bardzo nieudane, pewnie już więcej nie włączę tego filmu i na pewno nie będę dalej go oglądała. Jednak jest to moja subiektywna opinia i zaraz poprę ją odpowiednimi argumentami. Cóż, nie przeczę, że Wilk... został nakręcony dobrze, a wręcz bardzo dobrze. Nie przeczę również, że scenariusz był wybitny, czy gra aktorska fantastyczna. Bo rzeczywiście tak było. Problem siedzi głębiej i gdyby o mnie chodziło, to chciałabym się zapytać Was czytelników, ile sami wiecie o giełdzie, papierach wartościowych? Sama nie wiem nic, dlatego obejrzenie tych 189 minut produkcji, gdzie przewijała się giełda, giełda, giełda na przemian z maklerstwem, maklerstwem, maklerstwem - oszalałam. Dla osoby, która nie interesuje się tym, film jest kompletnie niezrozumiały, a zatem przyznaje, zaszufladkowałam pozycje i znielubiłam. Mniejsza już o to, o czym ten film jest.

Kolejnym akcentem jest wszechobecny seks, uprzedmiotowienie kobiet przez naćpanych milionerów (lub prawie-milionerów) oraz pokazanie ich w postaci plastikowych lal. Wiem, że to mocne słowa i niektórzy mogą się ze mną nie zgodzić, lecz od jakiegoś czasu nie potrafię zaakceptować faktu, iż kobieta pokazywana jest w dokładnie taki sam sposób. Moją jedyną ulubioną postacią była z pewnością pierwsza żona głównego bohaterka - prawdopodobnie jedyna nieogarnięta manią pieniędzy. Sceny erotyczne są przeplatane z nieustannymi wulgaryzmami, gdzie używa się ich nawet w rozmowach biznesowych! No, ale mniejsza już o to. 


Dopiero ostatnie pół godziny naprawdę mnie wciągnęło, prawdopodobnie dlatego, że świat stworzony przez Jordana runął, a on skończył jak skończył. Nie mniej jednak produkcja trafnie pokazała, co pieniądze potrafię zrobić, mania władzy potrafi zrobić i jak wszelkiego rodzaju uzależnienie działa na człowieka. Można zaznaczyć, że przecież bohater nie był taki na samym początku, że gdzieś się zgubił po drodze. Możliwe, że tak było rzeczywiście. Przecież gdzieś na końcu zbacza z tego kursu i wraca na prostą. 

Miało wyjść krótko, a wyszło takie o sobie moje biadolenie (ale tym razem nikt mi nie zarzuci, że nie podaje argumentów i widzę same wady - zalety też podałam). Podsumowując, film jest dobry, powiedziałabym nawet więcej, jest genialną sztuką, którą rzeczywiście trzeba zobaczyć i nazwałabym Wilka z Wall Street najlepszą produkcją jaka obejrzałam w tym roku. Aczkolwiek temat mi nie pasował, nie pasowały mi te przekleństwa i sposób pokazania kobiet. Jednak nie wątpię, iż reżyser, scenarzysta, producenci mieli w tym jakiś cel. Gdzieś mi dzwoni, ale nie wiem jeszcze, w którym kościele i szczerze powiedziawszy - nie chcę znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Film nie jest jednym z wielu, każdy to powie i każdy powinien sam się przekonać, czy mu się spodoba, więc w żaden sposób nie sugerujcie się moim biadoleniem! To mój pierwszy post, w którym narzekam na coś tak bardzo, napisany został pod wpływem emocji na dla własnego bezpieczeństwa nie czytany powtórnie. Chodziło mi bardziej o ukazanie tego, że nie każdemu tak wspaniały film (nie boję się tego napisać, bo doceniam wszystkich zaangażowanych) może się podobać, ale należy wszelkie wady poprzeć nawet słabymi argumentami. Mam nadzieję, że mi się udało, może wywiąże się jakaś mała dyskusja, ponieważ chętnie poznałabym Wasze opinie.