111. Osaczona - Tess Gerritsen

22:19 12 Comments A+ a-


            Czasami jedna pomyłka może zawadzić na całym naszym życiu. Często również okazuje się, że ten błąd niszczy nasze relacje z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi z pracy lub szkoły. I ta gorsza rzecz zazwyczaj sprawia, że jest się potępianym, trudno o czymś takim zapomnieć. Ale kiedy zostaje się niesłusznie oskarżonym o morderstwo – nikt nie wybacza.
            Miranda Wood musi zmierzyć się ze śmiercią swojego kochanka, którego ciało znalazła w swoim łóżku: nagie, pokrojone i zakrwawione. I te oczy; patrzące na nią w przerażaniu. Pierwsze podejrzenie pada właśnie na nią, choć bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę, że jest to niemożliwe, ponieważ znajdowała się w chwili śmierci Richarda w innym miejscu. Jednak wszyscy są przekonani o jej winie. Znajomi, przyjaciele, a nawet rodzina zmarłego, jego brat. Ale kiedy Miranda pragnie oczyścić się z zarzutów, zaczynają się dziać niespodziewane rzeczy, które zagrażają nie tylko jej życiu.
            Czytałam już wiele powieści Tess Gerritsen, głównie z serii Rizzoli&Isles. Jednak kiedy miałam okazję poznać coś, co odbiega od znajomego kanonu, ucieszyłam się. Krwawe thrillery z wątkiem romantycznym należą do tego gatunku, który się po prostu lubi i pochłania treść w zastraszającym tempie. I taka właśnie była Osaczona.
            Historia opowiadająca o niesłusznym oskarżeniu nie jest nowością w literaturze. Ten motyw pojawia się bardzo często w kryminałach, romansach, powieściach obyczajowych, a nawet, biorąc pod uwagę, w filmach. I nierzadko mamy również do czynienia z wątkiem romansu. Dlatego wydaje mi się, że Tess Gerritsen nie napisała niczego, co mogłoby być warte uwagi. Tym razem.
            Lektura wciąga od pierwszych stron, nie można doczekać się kolejnych wątków. Czytelnik często stawia sobie pytanie: Kiedy nareszcie znajdą ten jeden, jedyny dowód na jej niewinność? Bo oczywiście zakończenie jest przewidywalne już w pierwszym rozdziale, nie ma czego ukrywać.
            Każde wydarzenie jest przewidywalne. Nie ma miejsca na tajemnice, zagadki czy zwykłe domysły. Nic. Zabrakło tego dreszczyku, co spowodowało, że powieść stała się zwykłym kryminałem i romansem jednocześnie. Więcej akcji pojawiło się w Czarnych wzgórzach Nory Roberts.
            Bohaterowie nie są w żadnym stopniu dopracowani, jakby specjalnie zostali porzuceni, aby czytelnik sam dopowiedział sobie charakter każdej z nich. A szkoda, ponieważ postać Mirandy zapowiadała się bardzo dobrze: pełna nadziei, ufna, pracowita, skrzywdzona. Ale to jej ciągłe narzekanie, użalanie się nad sobą powoduje, że nie można jej polubić. Jest samolubna, ucieka od uczucia, chroni się przed kolejnym złamaniem serca. Po co? Czy życie nie jest po to, aby chwytać je pełnymi garściami nie patrząc w przeszłość? Na te złe wspomnienia?
            Jednak spójrzmy na lekturę bardziej przychylnym okiem, o ile można. Bo wydaje mi się, że oprócz wartkiej akcji, Gerritsen nie pokazała niczego innego. Brakuje mi motywów medycznych, mądrych sformułowań. Dialogi pozostawiają wiele do życzenia. Tak więc, ta powieść nie wzbudza w wymagającym czytelniku pozytywnych emocji. Nie polecam.