92. Jutro 4 - J. Marsden

13:29 11 Comments A+ a-

”Na myśl o powrocie robi mi się niedobrze. Mam ochotę krzyknąć: „Posłuchajcie mnie, do diabła! Mam gdzieś wasze wielkie plany!”. Chcę, żeby ktoś, ktokolwiek, przyznał, że to, czego ode mnie oczekują, jest wielkie, olbrzymie, gigantyczne.
I nie chodzi wcale o to, że tu jest nam tak wspaniale. Nie jest.
Mam wrażenie, że wszyscy przestaliśmy być sobą. Homer chce nami rządzić bardziej niż kiedykolwiek. Fi i Kevin wszystkiego się boją, a Lee... nie poznaję go.
No i zrobiłam coś, czego dawna Ellie nigdy by sobie nie wybaczyła.
Jedyne, co pomaga mi przetrwać, to nadzieja, że tam, na miejscu, znów staniemy się sobą.”
Jutro 4. Przyjaciele mroku - John Marsden (wyd. Znak, Kraków 2011)

Wojna nadal trwa, ludzie zostali wysiedleni, pozbawieni dachu nad głową. Nowi osadnicy zamieszkali dawne domostwa ich prawowitych właścicieli. Mężczyźni muszą ciężko pracować, a kobiety... kobiety zajmują się tym, co według nowych obywateli powinny robić - usługiwać. Ciężko jest pogodzić się z tą nową sytuacją, która panuje nad całą Australią. A co robi Nowa Zelandia, kiedy najbardziej potrzeba jej pomocy? Wysyła piątkę nastolatków, aby pomogli wykwalifikowanej armii żołnierzy przeprowadzić kolejną akcję. A kiedy wszystko z góry zostaje przesądzone... okazuje się, że piątka przyjaciół zaczyna rozumieć, do czego właśnie dopuścili. 

Przyjaciele mroku to już czwarta część całej serii, i niestety muszę przyznać - nie jest najlepsza. Moje peany na cześć poprzedniej części postawiły poprzeczkę bardzo wysoko, miałam zbyt wielkie wymagania dla tej. I okazało się, że nudziłam się śmiertelnie. 

Sama fabuła nie była znowu taka zła, jeżeli musiałabym to głębiej zbadać. Pojawiło się wszystko, co czytelnik powinien wiedzieć, niektóre sprawy nabrały nowego znaczenia, wyjaśniły się i przyniosły ulgę nie tylko bohaterom, ale także i obserwatorowi ich przygód. Jednak te wiadomości nie powodują, że wszystko powinno być już wspaniałe. Dlaczego? Ponieważ nie stało się nic szokującego, pozytywnego. Do niczego nie doszło. Takie odnoszę wrażenie po lekturze tej książki. 

John Marsden nareszcie porzucił schematyczność, a dorzucił do książki porcję nowości, świeżości jeżeli chodzi o styl napisania. Pojawiło się wiele zwrotów, które do tej pory nie miały miejsca, całkiem nowy pomysł odpowiadający na pytanie: Co dalej? 
Jednak czytelnik wymaga od kolejnej części coraz więcej i więcej. Nie mówię, że książka była beznadziejna. Nie, naciągałabym strasznie fakty. Mimo wszystko można spędzić przy niej miło czas, poznać dalsze losy Ellie, Homera i pozostałych. Jednak tym razem czytelnik może czuć się wyobcowany, oddalony od miejsca akcji i jakby izolował się od tych wszystkich wydarzeń. 
Izolacja to chyba najodpowiedniejsze słowo, które przyszło mi teraz na myśl. Właśnie na tym polega cała zmiana wprowadzona do treści. Nie można jak w poprzednich częściach identyfikować się z poszczególnymi bohaterami. Oni wszyscy tworzą jedną całość, charaktery stały się do siebie bardzo podobne, wręcz bliźniacze. Obserwując ich, podejmujących ważne decyzje nie czuje się strachu, podniecenia. Kompletnie nic. 

Jak wspomniałam kreacja bohaterów również uległa radykalnej zmianie. Ellie zawsze była odważna, pełna życia, chciała uratować przyjaciół, zniszczyć wroga. Tym razem w jej wypowiedzi wkrada się pewna melancholia, smutek, a nawet rozpacz. Przestała sobie radzić z silnymi wrażeniami, raczej ich unika. Ale aby to zrozumieć trzeba poznać całą sytuację, której na pewno nie będę nikomu zdradzała. 
Opis z tylnej okładki niewiele mówi, a w pewnym momencie mam wrażenie, że wszystko zostało bardzo naciągnięte. Rzeczywiście wszystko ulega zmianie. Aczkolwiek opis, że się boją wszystkiego, nie poznają samych siebie, a Ellie nie wybaczy sobie czegoś, dopiero po zakończeniu lektury uświadamia czytelnikowi, że mógłby zacząć się śmiać z tego całego podsumowania, bo tak daleko odbiega on od prawdy...

Jeżeli ktoś od samego początku śledzi losy pozostałych już bohaterów, to polecam poczytać. Myślę, że czwarta część jest swojego rodzaju przerywnikiem pomiędzy zbiorem pierwszym a drugim. I mimo wszystko nadal czekam, aż będę mogła wreszcie poznać zakończenie tej całej historii. 

[...] Siedziałam i po chwili zdałam sobie sprawę, że jeszcze nigdy w życiu nie czułam się bardziej samotna. Fi, Kevin i Homer byli zaledwie kilkaset metrów dalej, na polanie, ale to mi nie wystarczało. Chciałam, by otoczyli mnie wszyscy ludzie, których kiedykolwiek znałam i na których mi zależało. Chciałam, żeby mnie przytulili i kołysali. Nie jestem nawet pewna, czy nawet to by mi wystarczyło. Gdzieś w głębi serca poczułam, że pewna część mnie na zawsze pozostanie samotna: że od narodzin do śmierci, a może i dłużej, wszyscy mamy coś, co jest nasze i tylko nasze. Z przerażeniem zadałam sobie sprawę z tej samotnej małej części mnie, ale ta świadomość miała chyba coś wspólnego z dorastaniem: z poczuciem, że okej, jestem częścią swojej rodziny, częścią grona przyjaciół, ale to nie wszystko. Istnieję niezależnie od ludzi, którzy mnie kochają i otaczają. To była samotna myśl, ale niekoniecznie nieprzyjemna.  
str. 89